Tata już w domu, z gipsem na nodze, niestety przez najbliższe dni tylko wózek i leżenie. Ale ważne, że się goi. Okazuje się, że złamanie w kostce do chyba najgorsze z możliwych.
A ja byłam dziś na teście obciążenia glukozą. 75g słodkiego ulepku przełknęłam bez większych problemów, nawet nie chciało mi się tak bardzo pić potem, ale potrójne kłucie w tę samą żyłę nie było już takie wesołe. Do 11 wytrzymałam na czczo i bez wody a potem udałam się do pracy. Powoli zdaję sobie sprawę z tego, że czas leci nieubłaganie i biorąc pod uwagę niewykorzystany urlop i święta, będę pracować jeszcze max 15 dni. Jeszcze kilka tygodni temu bardzo tęskniłam za zwolnieniem, ale teraz wcale mi się na nie nie spieszy. Może dlatego, że czuję jego nieuchronność ;-)
Niesamowite jest to, że następne święta będziemy obchodzić już w powiększonym składzie. Szczerze? Coraz bardziej nie mogę się doczekać. I coraz częściej myślę o porodzie, ale jakoś tak bez strachu. Chyba czas zapisać się do szkoły rodzenia...
Misja "Mamuśka"
czyli świat w pieluchach :-)
wtorek, 27 listopada 2012
piątek, 16 listopada 2012
Trochę zmartwień...
Przypadki chodzą po ludziach. Niektóre nawet jeżdżą na dwóch kółkach. Mój tata spadł ze swojego pojazdu i złamał nogę w kostce. W trzech miejscach, z przemieszczeniem. Tak więc operacja, śruby, 10 dni w szpitalu i 8 tygodni w gipsie. Niestety, takie rzeczy dzieją się w najmniej odpowiednich chwilach - za 3 tygodnie nasz ślub, potem święta, i sam fakt, że nadchodzi zima. Po ślubie chcemy wyjechać na tydzień, ale nie wiem, czy mama poradzi sobie tu sama.. Z drugiej strony dobrze, że to "tylko" noga.
Apetyt mi ostatnio dopisuje, chociaż staram się nie przedobrzyć. Zdecydowanie lepiej czuję się, gdy jem mniejsze ilości. Choć na ten przykład dziś o 1 w nocy pałaszowałam gruszkę. Ale chyba nie zasnęłabym z takim burczeniem w brzuchu ;) Nie martwię się tym zbytnio, bo ostatnio waga wskazywała 5 kg na plusie, ale młoda musi przecież trochę pojeść. Szkoda tylko, że to jej jedzenie idzie w moje uda :P Ale to już szczegół..
Najważniejsze, żeby była zdrowa i zadowolona.
Dziś wieczorem obiadokolacja LaVende. Może grillowany łosoś? ;-) A potem weekend na wsi. I chwila oddechu...
środa, 14 listopada 2012
Od początku.
Byliśmy sobie już jakiś czas we dwoje, pomrukując od czasu do czasu, że "w sumie fajnie by było mieć dziecko", bardziej z rozmarzeniem i lekkim niedowierzaniem niż pewnością, że nastąpi to w najbliższym czasie. I tak sobie byliśmy i nie dowierzaliśmy, aż tu nagle okazało się, że rozmnażanie wcale nie należy do rzeczy trudnych.
Jakiś tydzień przed moimi 26. urodzinami na teście pojawiła się druga krecha. I świat przewrócił się do góry nogami. Nie wiem, czy bardziej byłam szczęśliwa, czy przerażona. Szykowaliśmy się właśnie na dwutygodniowy wyjazd do Afryki, i bynajmniej, nie były to wczasy all inclusive spędzone na plaży w Egipcie.W dodatku mój lekarz nie znalazł możliwości, by przyjąć mnie przed urlopem. Istny armagedon. Od szaleństwa uratował mnie chyba tylko spokój mojego drugiego połówka. Gdyby nie Połów, Młoda od pierwszych dni miałaby matkę-wariatkę. Niezły start w życiu, przyznać trzeba.
Przez te kilka miesięcy poukładaliśmy już sobie wszystko w głowach i sercach, zrobiliśmy remont w mieszkaniu, a ja z łezką w oku odłożyłam na dno szafy moje najukochańsze spodnie. Maleństwo okazało się urwisującą pannicą, zdrową, śliczną, pełną energii, choć na razie bezimienną. Wczoraj zaczęłyśmy 23.tydzień ciąży i czujemy się naprawdę dobrze. A że czas płynie coraz szybciej, chyba już pora, by bardziej kreatywnie pomyśleć o macierzyństwie. Tak, żeby przypadkiem nie zostać mamuśką kanapową, z miską pełną chipsów i ślepiami wlepionymi w kolejny serial tv.
wtorek, 13 listopada 2012
Zaczynamy!
Tak naprawdę dopiero się zacznie. Za jakieś 4 miesiące, z małym hakiem z resztą. Na razie dziecina wesoło dokazuje w swoim M1, bezpardonowo podkopując mój pęcherz. Na razie trwają przygotowania do misji.
Ale myślę, że warto uzbroić się po zęby już teraz, zanim jeszcze mała psotnica przyjdzie na świat.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)